wegański piknik dla leniwych

W każdym drzemie leń…

i czasem warto się do tego przyznać. Wystarczy nawet samemu przed sobą. Ja osobiście czasem nie mogę nawet podnieść kubka i tym sposobem usycham z pragnienia.

Zawsze, ale to zawsze jak znajomi czy nawet obce mi osoby dowiadują się, że jestem weganką, prędzej czy później pytają „Kto ci gotuje? Jak znajdujesz na to czas?”. Zwykle nie odpowiadam, bo halo, halo nie chcę, aby moje pierwsze wrażenie opierało się na zasadzie „Po jednym zdaniu cię przejrzałem i teraz to zaważy na ogólnej ocenie” albo
” haha przejrzałam cię, jesteś leniem! Ale nie zapytam dlaczego ani z czego to wynika. W zasadzie o nic cię już nie spytam”. No to może teraz odpowiem na to nurtujące wszystko i wszystkich pytanie.

Jak znajduję czas na jedzenie?

Na to „jedzenie” składa się

  • polowanie w sklepie
  • sprawdzanie czy dany produkt nie zawiera odzwierzęcych składników
  • gotowanie
  • dekorowanie (niezbędny element wegańskich foodbooków)
  • spożywanie

Zacznijmy od Polowania. Najczęściej ma ono miejsce w pobliskim Lidlu, gdzie okazy moich upodobań leżą sobie niczego się nie spodziewając. Aż tu nagle zjawiam się ja. Odziana w strój bojowy kroczę w poszukiwaniu najświeższych warzyw i najdojrzalszych bananów. Zakupy od jakiegoś czasu robię co dwa dni, by nic nie „ugrzęzło” w lodówce. Mówiąc to mam na myśli, że to co dobre łatwo się psuje.

Najczęściej nie muszę sprawdzać czy dany produkt jest 100% wegański (bo tylko takie wchodzą w grę), gdyż ok 75% moich zakupów stanowią warzywa i owoce, więc nie mam żadnych wątpliwości. Zazwyczaj nie mam czasu, żeby sprawdzać z osobna każdą cukinię lub pukać we wszystkie arbuzy. Jednak jest na to prosty i dość oczywisty sposób. A mianowicie nigdy nie chodzę tam sama. Podczas gdy rodzice kompletują produkty takie jak kasze czy chleby,  ja sprawdzam świeżość. Proste. Skład pozostałej żywności, którą zwykłam kupować, poznałam na pamięć. W przypadku nowych produktów z ofert specjalnych, którymi ostatnimi czasy Lidl raczy nas tak rzadko, że aż wcale, mam już ułatwione zadanie. Bowiem prawie wszystkie produkty odzwierzęce, w tym mleko i jajka, są wypisane pogrubioną czcionką i jeszcze podkreślone.  O tym co wybieram znajdziecie już niedługo tu.

U mnie są jedynie dwie zasady w podpunkcie gotowanie. Zdrowo a zarazem szybko. Obcinam czas na czymkolwiek się da. Może pani Marta Dymek (której przepisy szczerze kocham) mnie zabije, ale robienie humusu to nie moja działka. Krojenie warzyw też, także mrożonki są na mojej stałej liście zakupów. Oszczędzam na tym czas, a także opatrunki oraz plastry.  Deser, jeśli już, to ma być obłędnie prosty i nie może się spalić. Najczęściej jest to jakiś owoc, ale gdy mam nieodpartą ochotę na coś bardziej słodkiego, jem oreo. Albo ciasto z mikrofalówki. Albo oreowe ciasto z mikrofali.

Dekorowanie. No cóż jestem jedną z tych osób, co lubią wszelkie dopieszczenia. W literaturze – pięknie wyselekcjonowane słowa i metafory, w sztuce – szczegóły i pełne emocji spojrzenia, w jedzeniu – harmonia między smakiem a wyglądem. I to jest moim zdaniem duże uproszczenie, ponieważ gdy wiem, iż to coś ma nie mieć w sobie smakowych fajerwerków, ozdabiam ją jak najbardziej się da. I odwrotnie, kiedy jedzenie już samo w sobie jest pyszne, nie ma sensu jeszcze bardziej dokręcać jego smaku. Wyjątkiem stanowią foodbooki, które już się robią.

Staram się bardzo wolno jeść. Czasem jednak moja mama narzuca takie tempo przeżuwania, że albo nie jestem w stanie się połapać czy robię to dostatecznie wolno czy też nie (przy mojej przeciwniczce wszyscy jedliby w ślimaczym tempie. Przynajmniej tak się tylko wydaje.) albo nie chcę zostawiać jej samej z pustym talerzem.

Jak to ma się do pikników?

Przedwczorajszy piknik zorganizowałam z okazji urodzin dla mojej cudownej przyjaciółki, która mam nadzieję przeczyta ten wpis. Mam nadzieję, że będzie jeszcze wiele takich pikników.

CO UGOTOWAŁAM?

uproszczony jagielnik oreaowy

gotujemy 200/300 gram kaszy jaglanej. Ja osobiście zawsze, o ile to nie jest śniadanie, robię to w torebkowej kaszy. Najlepiej zrobić to od razu na mleku (ja wybrałam waniliowe i okazało się w ogólnym rozrachunku, że ciasto jest za słodkie). Oddzielamy nadzienie od ciasta (tego twardego co w reklamach każą przekręcać). Nadzienie zblenduj blenderem ręcznym wraz z kaszą. Zmiksuj blenderem z ostrzem w kształcie litery „S” te brązowe (wybaczcie, ale naprawdę nie wiem jak to nazwać). Część odsyp do miski czy gdziekolwiek chcesz. Pozostałość zmiksuj z dowolnymi orzechami. Polecam orzechy włoskie, bo są trochę gorzkie i zrównoważą nam słodkość oreo. Do części z orzechami dodajemy, w zależności od wielkości blachy, jak najmniejszą ilość rozpuszczonego oleju kokosowego. Słuchajcie wiem co mówię, dodałam go strasznie dużo i zrobiła się z tego masa nie do przebicia. Wyłożywszy blaszkę papierem do pieczenia, rozprowadzamy powstałą masę jako spód do naszego tortu. Po tym wkładamy nadzienie jaglane. Nie musicie czekać nic się nie stanie… oprócz tego, że tłuszcz się zetnie (?). Więc może lepiej odczekajcie jakoś tak więcej niż dwie minuty. Następnie udekorujcie tym brązowym co Wam został. I oreo. Tylko uwaga! Zróbcie coś, aby nie było to takie słodkie, gdyż po trzech gryzach robi się po prostu mdłe.

Warzywa z humusem

Warzywa takie jak marchewka, seler naciowy, wszelkiej maści papryki itd. kroimy w słupki. Humus przekładamy do jakiejś ładnej miseczki. Humus oczywista kupny.  ojej aż żałuję, że tak nie zrobiłam.

Sałatka bulgur.

Powiem Wam szczerze. Spaliłam ją doszczętnie. Razem z garnkiem.  Ale kto powiedział, że nie dam kilku rad. W szczególności jak nie spalić tej kaszy 😉 Gdy gotujemy kaszę blugur (lub ryż. Raczej nikt się nie pozna) obowiązkiem jest, żeby robić to po pierwsze z pomocą instrukcji na opakowaniu, po drugie, żeby ślęczeć cały czas nad nią. Uwierzcie to działa. O! I mieszajcie przez cały czas. Dno miseczki lub dna kilku miseczek wykładamy humusem. Znacie te sałatki właśnie te bulgurowe z Lidla? Ma to właśnie tak wyglądać. Więc kroimy suszone pomidory i kto lubi, ten doda jeszcze tofu. Można dodać jakiegoś sosu np. ja zamierzałam dodać sos z zielonego groszku, ale może być to przecier pomidorowy z dodatkiem ketchupu do smaku. Te poszczególne składniki wymieszać z kaszą i ułożyć na humusie.

Wegańskie burgery

Najlepiej pojechać do najbliższej wegańskiej restauracji, bo kto by miał czas na samodzielne wykonanie. Do tego większość kotlecików, by się nie udała, spaliła lub zmarnowała. Także pojechałam z moją przyjaciółką po te burgery do Krowarzywa . Bardzo chwalę sobie tę sieć restauracji, ponieważ produktów w kanapce jest multum, a w dodatku na gołe oko widać, że nie są z przedwczoraj, tylko faktycznie świeżutkie. Proszę niech dobrzy ludzie robią tych lokali coraz więcej. (Szkoda tylko, że mi nie zapłacili za reklamę lolz)

Nie zapomnijcie o wodzie i estetyce! Oczywiście, wszystko to na kocu. Czym byłby piknik bez koca?

 

To by było na tyle. Dlaczego tak mało, spytacie. Otóż bardzo nie lubię marnowania jedzenia. Doszłam do tego dosyć niedawno, więc jestem początkująca w tej kwestii. Piszcie w komentarzach jeżeli chcecie o tym trochę więcej przeczytać. Ode mnie rzecz jasna. Pisałam dosyć chaotycznie, dlatego że taka właściwie jestem w kuchni. Palę garnki, przypalam kasze, upraszam przepisy i tak dalej i tak dalej.

Jeżeli chcecie, wpadajcie na mój instagram .

W gotowości

Małgosia E.

nie może Cię tu zabraknąć
0

4 myśli na temat “wegański piknik dla leniwych

  1. Dziewczyno, masz dar pisania!
    Jeszcze moment, a sama założę bloga…
    Cudownie się czyta Twoje posty, aż emanują Tobą 😊

  2. Kocham Twój blog 💕❤ Sama właśnie rozważam przejścoe na weganizm i myślę, że ten blog, jak również Ty, będziecie dla mnie inspiracją 💪😊💖

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *